Sobotnia gala konkurującej z UFC ligi Strikeforce, ochrzczona tytułem „Heavy Altillery” była jednym z ciekawszych wydarzeń świata MMA w maju i odpowiedziała na kilka nurtujących pytań, zarówno co do jakości zawodników kategorii ciężkiej tej organizacji jak i potencjalnych pretendentów do walki o pasy mistrzowskie. Ale po kolei…
Overeem dominuje
W zapełnionej 8,136 fanami MMA hali Scottrade Center w Saint Louis starli się jedni z największych zawodników kategorii ciężkiej na świecie – Brett Rogers (pierwszy raz bez irokeza)oraz Alistair Overeem, (który w tej grupie zawodników znajduje się dopiero od nieco ponad dwóch lat, podczas których „nabił” około dwadzieścia kilo masy mięśniowej). W mocno podkręconej atmosferze przed samą walką doceniano doświadczenie i niekwestionowany atletyzm Overeema, który miał się zetrzeć z zawodnikiem o wiele bardziej zdeterminowanym (Rogers po ostatniej walce obiecał „że już nigdy nie przegra”) i który narobił masę problemów samemu „Cesarzowi” Emalience.
Podczas walki okazało się jednak, że to Holender przywiózł ze sobą więcej „ciężkiej artylerii” na ring i dosyć szybko rozprawił się z kreowanym chyba jednak trochę na wyrost, byłym mechanikiem samochodowym. Rogers ani na chwilę nie zagroził mu w stójce, a na ziemi okazał się totalnie bezradny zarówno w obronie w gardzie jak i przy unikaniu potężnego, ale i bardzo podstawowego ground’n’pound „Demolition Man’a”. Koniec walki przez TKO po licznych ciosach na ziemi z półgardy, w trzeciej minucie i czterdziestej sekundzie pierwszej rundy przypieczętowało jego dominujące zwycięstwo i utrzymanie pasa federacji Strikeforce. Koniec końców, Rogers z potencjalnego championa wraca na należne mu miejsce „zawodnika który musi się jeszcze dużo nauczyć”, Overeem natomiast… staje przed prawdziwym problemem. Otóż, jeśli Fedor Emalienko pokona 26 czerwca Fabricio Werduma, to właśnie on będzie musiał spotkać się z Rosjaninem. O ile od czasów Pride’a minęło już sporo czasu, a tam obaj panowie nie tylko dzieliła różnica wagowa, ale przede wszystkim różnica klasy, o tyle dziś zastanawiające jest jak Overeem poradzi sobie z tak niewyobrażalnym zadaniem i pokaże, że nie tylko mięśnie w tym sporcie mają znaczenie – co jego przyszły przeciwnik pokazuje już od lat.
Bigfoot wygrywa, nie tłucze szkła
W innych walkach gali najważniejsze zdecydowanie było starcie Antonio „Bigfoot” Silvy z Andreiem Arlovskim - byłym championem UFC, również kategorii ciężkiej. Trzy rundy boksu zakończyły się zwycięstwem Silvy przez jednogłośną decyzję sędziów (3x 29-28). Walka przebiegła pod dyktando „Bigfoota”, który metodycznie punktował słynącego kiedyś właśnie z doskonałego boksu Arlovskiego (którego trenerem jest słynny Freddie Roach). Zawodnicy zeszli do parteru na dwie dłuższe chwile (pod koniec pierwszej i trzeciej rundy) i prawdopodobnie to właśnie drugie obalenie (slam) Silvy i kontrola przeciwnika na ziemi w trzeciej rundzie dały zwycięstwo Brazylijczykowi. Arlovski, niechlubnie słynący ze „szklanej szczęki” tym razem nie dał się złożyć żadnemu z uderzeń giganta, ale i on nie był w stanie spowodować żadnych poważniejszych obrażeń u przeciwnika. Silva po walce przyznał, że tylko jeden cios – prosty Arlovskiego w pierwszej rundzie – zabolał go podczas walki.
Zwycięzca tej walki z całą pewnością czekać będzie na rozstrzygnięcia na szczycie (Fedor – Werdum) i ostrzył sobie zęby na pas Overeema. Walkę z Werdumem Silva już przegrał, więc można z całą pewnością spodziewać się dla niego innego przeciwnika i kto wie czy nie będzie to właśnie Overeem. Arlovski natomiast zawiódł niestety po raz kolejny i chyba nigdy nie doczekamy się powrotu tego zawodnika do UFC, a tym bardziej do tego, aby znów stanowił zagrożenie dla najlepszych. Poza przypadłością posiadania „szklanej szczęki” Arlovski utracił jeszcze zdolność dyktowania przebiegu walki i dominowania przeciwnika jak był w stanie robić to kiedyś. Może zrzucenie kilku kilogramów i odrobina wysiłku przy zrzucaniu wagi przed następnymi walkami pozwoliłyby na zejście do kategorii 205 funtów i rozpoczęcie kampanii za tytułem w tej kategorii. Jest to jedyne przemyślenie w stosunku do gasnącej kariery tego zawodnika.
Aligator, ostatni Gracie i pozytywy sparingów z Andersonem Silvą
W pozostałych walkach, weteran japońskich ringów Ronaldo „Jacare” Souza pokonał przez decyzję Joey Villasenora w walce, która była jedną z ciekawszych tego wieczoru. Villasenor był wielokrotnie w opałach, ale za każdym razem udało mu się wyjść obronną ręką i dotrzymać do końca walki. Dominująca postawa aligatora Souzy przypieczętowała jego miejsce w kolejce po pas Strikeforce kategorii 185 funtów, który aktualnie dzierży Jake Shields.
Ostatnia nadzieja rodu Gracie – Roger zmierzył się z weteranem MMA – Kevinem Randlemanem, którego po nudnawej pierwszej rundzie, pokonał jednak przez duszenie tylne w 4:30 rundy drugiej. Po doskonałym wejściu kolanem i knockdownie Roger Gracie dopadł Randlemana na ziemi i po zadaniu kilku ciosów, oraz metodycznym i wyrachowanym polowaniu na kończyny zapaśnika, uzyskał pełen dosiad, z którego następnie udało mu się przejść na plecy przeciwnika i przez prawie minutę dusić górę mięśni, nim ta w końcu uległa pod wpływem brakiem tlenu. Randleman nie powinien być zawiedziony gdyż przegrywał już w ten lub podobny sposób walki (wstyd życia to chyba gilotyna CroCopa), natomiast z Rogera wyrasta wreszcie (!) pierwszy głodny i wystarczająco zdeterminowany przedstawiciel nowego pokolenia rodziny Gracie. Czas pokaże czy domniemania tego typu nie są jeszcze przedwczesne, ale poza Rogerem, klan Graciech zdecydowanie nie ma już kogo wystawić.
Na sam koniec warto wspomnieć o ciekawej walce Antwain Britta z Rafael „Feijao” Calvacente. W walce tej przewidywano, że doskonałe jiu-jitsu Feijao (sparing partnera Andersona Silvy) mimo wszystko nie poradzi sobie z brutalną siłą i wyszkoleniem w stójce Amerykanina. Tymczasem to właśnie Feijao podjął rękawice (i to chyba bokserską) i po niecałych czterech minutach znokautował Britta, choć chwilę wcześniej to on mógł zakończyć to starcie w bardzo podobny sposób. Najwyraźniej ze sparingów z Silvą czerpie nie tylko sam mistrz, ale i inni uczą się od niego, co w walce z Brittem pokazał właśnie Rafael Calvacente.
A na sam koniec…
A na sam koniec warto zauważyć, że pomimo świetnej kampanii promocyjnej, gali Strikeforce czegoś jednak zabrakło. Niby walczyły wielkie nazwiska MMA jak Jacare, Arlovski czy Overeem, niby mieli groźnych przeciwników i niby mamy myśleć, że wszystko to stanowi konkurencję dla UFC (tego stara się dokonać Scott Coker – właściciel Strikeforce). Po opadnięciu emocji i chwili przemyślenia na chłodno, widać jednak, że ani Jacare nie wygląda na swoja klasę przy przeciętniaku (choć z walecznym sercem) jakim jest Villasenor, ani Rogers nie błyszczy jak obiecywali promotorzy, a po walce Białorusina z Bigfootem raczej ciężko upatrywać narodzin nowej gwiazdy. Ale i tak Strikeforce będzie galą na którą będą czekać i oglądać miliony. Będą, gdy w czerwcu pojawi się na niej wreszcie „Ostatni Cesarz”.
Pozostałe wyniki walk...
kjhkjh - data dodania: 18.05.2010 / 12:48
fajny artykuł, pozdrawiam
Marcin - data dodania: 17.05.2010 / 19:41
Zgadza się hehe, nasza redakcja cały czas się powiększa :)
Misiek - data dodania: 17.05.2010 / 17:29
Gala jak każda inna, chłopaki się tłukli i nic więcej. Ja tam mimo wszystko wolę UFC i polskie KSW :D
Filip - data dodania: 17.05.2010 / 13:58
Gali nie oglądałem, ale podobno była niezbyt ciekawa.
Izzaak - data dodania: 17.05.2010 / 13:18
Jeśli dojdzie do pojedynku Overeem - Fedor, to Fedor go zmiecie :) Poza tym ta gala Strickfore nie była jakaś szczególna
P.S. Fajny felieton, czekam na kolejne.
hehe - data dodania: 17.05.2010 / 13:03
Widzę, że po RaoulDuke kolejny zajebisty redaktor wam się trafił ! Gratuluję !
Strona główna Archiwum Patronat medialny Kontakt
Wszelkie prawa zastrzeżone - MMA Station | Realizacja: imaginacion.pl